POLSKI LOVECRAFT?

O rzekomych inspiracjach Stefana Grabińskiego

 

Stefana Grabińskiego przyjęło się określać mianem „polskiego Poego” lub „polskiego Lovecrafta”. Przyrównanie rodzimego autora do pisarzy z panteonu literatury światowej pozornie uchodzić może za nobilitujące, faktycznie jednak sytuuje Polaka w pozycji podrzędnej wobec zagranicznych „kolegów po piórze”. Sugeruje również naśladownictwo, co w przypadku Edgara Allana Poego jest przynajmniej o tyle uzasadnione, że Grabiński fascynował się jego dorobkiem, stosując wypracowane przez romantyka metody twórcze. Odmiennie przedstawia się sprawa z Howardem Phillipsem Lovecraftem, a jednak napotykamy niekiedy opinie, jakoby lwowianin wzorował się na dokonaniach „samotnika z Providence”.

Kwestia oryginalności pisarstwa Grabińskiego od początku wzbudzała kontrowersje. Przeważnie nie dostrzegano w nim cech indywidualnych, z góry wykluczając, iż na gruncie rodzimym zaistnieć mógł autor prozy niesamowitej równorzędny pisarzom z Francji, Anglii czy Niemiec. Dlatego też krytycy ochoczo doszukiwali się w jego utworach faktycznych i urojonych wpływów. Wśród rzekomych mistrzów Grabińskiego wymieniano m.in. Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna, Roberta Louisa Stevensona, Gustava Meyrinka, Hannsa Heinza Ewersa. Szczególnie chętnie zestawiano go właśnie z autorem Alrauny (w lwowskiej „Gazecie Wieczornej” w roku 1921 ukazał się nawet poświęcony Grabińskiemu artykuł pt. Polski Ewers), na co nasz fantasta reagował bardzo emocjonalnie, wobec niemieckiego „kolegi po piórze” żywił bowiem ogromną awersję.

Grabiński pozostawił zresztą liczne świadectwa na temat swej znajomości pokrewnego piśmiennictwa zagranicznego i własnych w tym zakresie upodobań. Należą do nich m.in. jego teksty krytycznoliterackie, zwłaszcza rozprawa O twórczości fantastycznej. Najcenniejsze informacje zawarte są jednak w korespondencji pisarza, a także w autobiograficznych Wyznaniach. Tam bowiem, nieskrępowany wymogiem obiektywizmu, dawał szczery wyraz swym fascynacjom i antypatiom. Z lektury tych dokumentów dowiadujemy się zatem, iż Meyrinka wprawdzie cenił, acz nie uważał go za pisarza formatu Poego. Ewersa – jak nadmieniałem – nienawidził, nie szczędząc mu epitetów w rodzaju: „sadysta”, „brutal”, „Kaliban”[1]. O Hoffmannie pisał z kolei: jest dla mnie przedstawicielem tego genre’u fantastyki, jakiego nie znoszę; nudny, rozwlekły i chaotyczny[2]. Natomiast Przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a Stevensona, często wskazywany jako pierwowzór Problematu Czelawy, poznać miał dopiero po ukończeniu swego opowiadania[3]. A choć podobieństwo obu historii każe powątpiewać w szczerość owych zapewnień, należy mieć na uwadze, że utwory o zbliżonych fabułach powstawały niekiedy bez wzajemnego oddziaływania.

Fenomen ten na przykładzie Jermoły Józefa Ignacego Kraszewskiego i o pięć lat młodszego Silasa MarneraGeorge Eliot wiarygodnie wytłumaczył Julian Krzyżanowski. Skonstatował otóż, iż skoro podobieństwa są w obydwu powieściach tak znaczne, że odnieść ich niepodobna na karb przypadku, przypuszczenie zaś, że George Eliot znała „Jermołę” ma mało prawdopodobieństwa, niewątpliwe związki dwu dzieł wyjaśnić trzeba, przyjmując ich wspólne źródło[4]. Dopuścić można zatem, że również analogie pomiędzy utworami Grabińskiego i Stevensona wyniknęły z inspiracji autorów piśmiennictwem romantycznym, w sposób zbliżony ujmującym problem dualizmu natury ludzkiej. Na myśl przychodzi zwłaszcza, ceniony przez obu twórców,William Wilson Poego. Podobne mechanizmy mogą tłumaczyć również zauważalne w opowiadaniach lwowianina zbieżności z Ostatnią wolą Stanisławy d’Asp Ewersa (por. Tajemnica hrabiego Maspery) oraz zWystępną mniszką Karla Hansa Strobla (por. Projekcje).

Założenie, iż Grabiński czerpał z dorobku wymienionych autorów jest wszak o tyle dopuszczalne, że miał on realną sposobność go zgłębić. Przesłanek takich nie daje natomiast ówczesna recepcja dzieł Lovecrafta, w ostatnich latach bezpodstawnie kreowanego na „wzór twórczy” Polaka. Przykład owej tendencji stanowi artykuł Przemysława Chabera pt. Czarny kot w Szalonej zagrodzie. Od Poego do weird fiction, w którym nie tylko pada sugestia, że Grabiński mógł splagiatować fragment „mało znanego” (!) utworu Amerykanina[5], ale też stwierdza się ex cathedra, iż fantasta za swojego mistrza uznawał nie tylko Poego, ale także Lovecrafta,którego cenił równie wysoko i równie chętnie naśladował[6]. Gdyby jednak fascynacja taka faktycznie istniała, znaleźć winna odzwierciedlenie w pismach krytycznoliterackich Grabińskiego. Przypomnieć należy bowiem, iż np. swemu zauroczeniu dziełami Poego lwowianin niejednokrotnie dał wyraz[7]. Niestety, Chaber nie wskazał żadnego dokumentu, w którym Grabiński wyrażałby opinię na temat Lovecrafta, ani jakiegokolwiek źródła, mogącego jego tezę uwiarygodnić.

Zastrzec wypada, iż pozostawione przez Grabińskiego świadectwa nie muszą być w tego rodzaju przypadkach przesądzające (wpływy obce traktowane są często jako rzecz wstydliwa, pisarz może zatem owe ukrywać bądź bagatelizować). Należy wszelako brać je pod uwagę, zwłaszcza gdy sugerowana inspiracja ma tak kontrowersyjny charakter.

Obaj pisarze działali wprawdzie w tym samym okresie, istnieje zatem możliwość, iż Grabiński zetknął się z twórczością autora Zewu Cthulhu. Nieprawdopodobna jest natomiast teza, jakoby czerpał z niej inspirację, bowiem w latach 1906-1919, kiedy powstała większość opowiadań Polaka, młodszy odeń Lovecraft (ur. w  1890 r.) był pisarzem prawie nieznanym nawet we własnej ojczyźnie, zaś „prawdziwie nadnaturalną prozę” tworzył ponoć dopiero od 1917 r.[8]. Chaber tymczasem rzekomych zapożyczeń z dzieł Amerykanina dopatrzył się już w Szalonej zagrodzie z 1908 r.[9]. Co więcej, Grabiński opowiadania Lovecrafta musiałby czytać w oryginale, a – o ile wierzyć jego zapewnieniom – język angielski opanował stosunkowo późno. Krąży wprawdzie pogłoska, jakoby polskie przekłady utworów „samotnika z Providence” ukazały się już w dwudziestoleciu międzywojennym, notabene sygnowane pseudonimem „Żalny”, jakim na początku działalności literackiej posługiwał się Grabiński. Dotąd jednak nie znalazła ona potwierdzenia.

Współczesna tendencja do przypisywania Grabińskiemu fascynacji twórczością Lovecrafta zdaje się wynikać przede wszystkim z faktu, że Amerykanin jest dziś pisarzem znacznie bardziej od „galicyjskiego fantasty” znanym. Wszelako w okresie, kiedy tworzyli swe sztandarowe utwory, publikacje obu autorów miały zasięg wyłącznie lokalny, skutkiem czego ich wzajemne oddziaływanie jest mało prawdopodobne. Nawet jednak, gdyby zaistniało, przewrażliwiony na punkcie własnej oryginalności Grabiński nie zadowoliłby się rolą naśladowcy młodszego pisarza. Mam zresztą wrażenie, iż „dorabianie” naszemu czołowemu horroryście zagranicznego „patrona” jest po prostu przejawem prowincjonalnego kompleksu. Równie dobrze przecież Lovecrafta ochrzcić można „amerykańskim Grabińskim” i tropić w jego utworach „zapożyczenia” z dzieł lwowianina. Ciekawe dlaczego nikt tego nie robi?

KRZYSZTOF BORTNIK

Pierwodruk: „Nasz Przemyśl” 2012, nr 2, s. 25.


[1] Zob. A. Mianecki, Z korespondencji Stefana Grabińskiego, „Rocznik Przemyski” 2010, t. XLVI, z. 3, s. 125.

[2] S. Grabiński, Wyznania, „Polonia” 1926, nr 141, „Polonia” 1926, nr 141, s. 12.

[3] Ibidem.

[4] J. Krzyżanowski, Wstęp, [w:] J.I. Kraszewski, Jermoła, Wrocław 1948, s. 35.

[5] P. Chaber, Czarny kot w Szalonej zagrodzie. Od Poego do weird fiction, [w:] Edgar Allan Poe zwielokrotniony. W kręgu literatury, malarstwa i filmu, red. E. Szczęsna, P. Kubiński, Warszawa 2010, s. 144.

[6] Ibidem, s. 145.

[7] Zob. m.in. S. Grabiński, Książę fantastów (Edgar Allan Poe). Studium literackie, „Lwowskie Wiadomości Muzyczne i Literackie” 1931, nr 3-5; idem, O twórczości fantastycznej. Jej geneza i źródła. Wstęp do szkicu, „Lwowskie Wiadomości Muzyczne i Literackie” 1928, nr 10, s. 2.

[8] Zob. H.P. Lovecraft, Nadnaturalny horror w literaturze, Warszawa 2008, s. 6.

[9] P. Chaber, op. cit., s. 149.

Reklamy